Strona główna » Czy strach przed wojną staje się narzędziem polityki? Polacy słyszą kolejne ostrzeżenia. A kto w tym czasie patrzy władzy na ręce?

Czy strach przed wojną staje się narzędziem polityki? Polacy słyszą kolejne ostrzeżenia. A kto w tym czasie patrzy władzy na ręce?

Wojna. Zagrożenie. Eskalacja. Rakiety. Drony. Mobilizacja. Gotowość na najgorszy scenariusz. Od wielu miesięcy Polacy regularnie słyszą z ust premiera Donalda Tuska coraz mocniejsze komunikaty dotyczące bezpieczeństwa. Zagrożenie ze strony Rosji jest realne, a wojna na Ukrainie trwa. Ale w demokratycznym państwie wolno również zadać inne pytanie: jaki wpływ nieustanne komunikowanie zagrożenia ma na społeczeństwo i debatę publiczną?

Czy przestraszony obywatel równie uważnie patrzy władzy na ręce? Czy pyta o wydatki, podatki, ochronę zdrowia, ceny, inwestycje, obietnice wyborcze i rozliczanie polityków? Czy może przede wszystkim zaczyna myśleć o bezpieczeństwie swojej rodziny?

To pytania, które trzeba zadawać każdej władzy – niezależnie od tego, kto aktualnie rządzi.

„Bezpośrednie zagrożenie wojną”

Już 16 października 2024 roku Donald Tusk mówił z mównicy sejmowej:

„Jesteśmy w sytuacji (…) bezpośredniego zagrożenia wojną.”

Nie była to wypowiedź komentatora czy wojskowego analityka. Tak mówił premier Rzeczypospolitej Polskiej.

Kilka miesięcy później ton nie stał się spokojniejszy.

7 marca 2025 roku premier informował Sejm, że według przekazywanych europejskim przywódcom informacji Rosja może przygotowywać potencjał do znacznie większej operacji militarnej:

„w ciągu 3, 4 lat być gotową do pełnoskalowej operacji (…) przeciw komuś wyraźnie większemu”.

Jednocześnie Tusk podkreślał, że nie jest to nawoływanie do wojny, lecz argument za wzmacnianiem europejskiego potencjału obronnego.

„Wojna przestała być abstrakcją”

1 maja 2025 roku, podczas oficjalnego orędzia, Donald Tusk powiedział kolejne zdanie, które trudno przeoczyć:

„Wojna przestała być abstrakcją”.

Premier mówił wówczas o trudnych czasach, niepewności w polityce światowej i potrzebie budowania silnego państwa.

To zdanie trafia jednak nie tylko do polityków i wojskowych. Trafia do milionów zwykłych ludzi.

Rodziców.

Emerytów.

Przedsiębiorców.

Młodych ludzi zastanawiających się nad swoją przyszłością.

„Bliżej otwartego konfliktu niż kiedykolwiek po II wojnie światowej”

10 września 2025 roku, po naruszeniu polskiej przestrzeni powietrznej, premier poszedł jeszcze dalej:

„Ta sytuacja stawia nas wszystkich bliżej otwartego konfliktu, bliżej niż kiedykolwiek po II wojnie światowej”.

Jednocześnie zaznaczył wtedy, że nie było podstaw, aby twierdzić, że Polska znajduje się w stanie wojny. Ten fragment również trzeba przypominać, aby nie wyrywać słów premiera z kontekstu.

W 2026 roku ostrzeżenia stały się jeszcze bardziej bezpośrednie

13 września 2026 roku Donald Tusk powiedział po odprawie w Rządowym Centrum Bezpieczeństwa:

„Najbliższe tygodnie i miesiące będą okresem bardzo wzmożonych akcji ze strony rosyjskiej”.

I zaraz potem:

„nie możemy wykluczyć, że ta eskalacja będzie dotyczyła także terytorium Polski”.

To już nie była perspektywa kilku lat. Premier mówił o tygodniach i miesiącach.

Cztery dni później, 17 września 2026 roku, Kancelaria Premiera opublikowała komunikat pod znamiennym tytułem:

„Musimy być gotowi na każdy scenariusz”.

Tusk mówił:

„Późna jesień i zima będą najbardziej krytycznym momentem w dotychczasowej wojnie”.

Przekazał także, że według ocen wywiadowczych rozpatrywane są scenariusze hybrydowych uderzeń dronami i rakietami na państwa wspierające Ukrainę, „w tym Polskę”.

Czy strach zmienia społeczeństwo?

I właśnie tutaj zaczyna się dyskusja, której nie wolno ucinać prostym argumentem: „trwa wojna, więc nie pytajcie”.

Rosyjska agresja na Ukrainę jest faktem. Naruszanie przestrzeni powietrznej i działania hybrydowe są realnym problemem bezpieczeństwa. Państwo ma obowiązek przygotowywać się na zagrożenia.

Ale państwo ma również obowiązek informować obywateli w taki sposób, aby przygotowywać, a nie paraliżować strachem.

Między informowaniem o zagrożeniu a permanentnym utrzymywaniem społeczeństwa w poczuciu niebezpieczeństwa istnieje cienka granica.

I właśnie dlatego obywatele mają prawo pytać:

Czy liczba i ton komunikatów wojennych odpowiadają rzeczywistemu poziomowi zagrożenia?

Czy rząd wystarczająco jasno mówi również o tym, co zmniejsza zagrożenie?

Czy społeczeństwo otrzymuje konkretne instrukcje i wiedzę, czy przede wszystkim kolejne dramatyczne ostrzeżenia?

I wreszcie – czy atmosfera zagrożenia nie powoduje, że pozostałe problemy państwa schodzą na dalszy plan?

COVID pokazał, jak silnym narzędziem społecznym jest strach

W czasie pandemii COVID-19 rządziło Prawo i Sprawiedliwość. Polacy każdego dnia żyli liczbami zakażeń, hospitalizacji, zgonów, konferencjami prasowymi, ograniczeniami i informacjami o kolejnych zagrożeniach.

Ocena tamtej polityki do dziś dzieli społeczeństwo. Jedni uważają, że działania były konieczną reakcją na sytuację epidemiczną. Inni twierdzą, że część ograniczeń i sposobu komunikowania zagrożenia była przesadzona.

Dzisiaj nie mamy pandemii.

Mamy jednak wojnę tuż za polską granicą.

I dlatego analogia nasuwa się sama – ale nie dowodzi, że obecny rząd świadomie wykorzystuje strach w celach politycznych.

To pytanie o mechanizm społeczny: co dzieje się z demokracją, kiedy obywatele przez lata funkcjonują od jednego zagrożenia do drugiego?

Najpierw pandemia.

Teraz wojna.

A przestraszony obywatel może zacząć uważać, że wszystkie inne problemy są mniej ważne.

Władza musi być kontrolowana szczególnie wtedy, kiedy mówi o zagrożeniu

Historia wielokrotnie pokazywała, że sytuacje kryzysowe zwiększają znaczenie władzy wykonawczej. Dlatego właśnie w czasie kryzysu media, obywatele i opozycja powinni jeszcze dokładniej patrzeć rządzącym na ręce.

Nie oznacza to lekceważenia rosyjskiego zagrożenia.

Wręcz przeciwnie.

Można jednocześnie popierać wzmacnianie armii, NATO, obronę przeciwlotniczą i przygotowanie ludności cywilnej – i jednocześnie pytać władzę o każdą wydaną złotówkę i każdą podejmowaną decyzję.

Bezpieczeństwo nie powinno być argumentem zamykającym dyskusję.

Powinno być powodem, aby prowadzić ją jeszcze dokładniej.

Bo w demokracji obywatel nie może być wyłącznie przestraszonym odbiorcą kolejnych komunikatów.

Powinien być przede wszystkim świadomym kontrolerem tych, którym na cztery lata powierzył władzę.

Dwa portowe miasta, dwie wizje rozwoju. Gdynia chce wielkiego portu, Świnoujście cofa się w rozwoju
Hotel Hamilton znów w centrum sporu. Radna Barbara Michalska odpowiada Romanowi Kucierskiemu