|

Przed wejściem do kamienicy przy ul. Hołdu Pruskiego w Świnoujściu płoną znicze. Mieszkańcy domu domagają się napiętnowania osób odpowiedzialnych za tragiczną śmierć ich sąsiada Jana Rosia. Radny Stanisław Huszcza zaprzecza, by był na miejscu, kiedy Roś został zepchnięty ze schodów Na Hołdu Pruskiego od kilku dni płoną znicze i stoją ręcznie wymalowane tablice ze zdjęciami. Na jednej jest fotografia Jana Rosia i pytania: "Dlaczego zginął?", "Czy musiało dojść do tragedii"? Na innej: "Kto będzie następny z listy?". Na kolejnej: zdjęcie radnego Stanisława Huszczy i podpis: "To jest motor tej tragedii".
30 grudnia 2008 r. po godz. 18 do mieszkania Małgorzaty K. dobijali się jej dwaj synowie. Przyszli ze znajomym, Stanisławem Z., i liczyli na "lokal" dla siebie i gościa. Matka postanowiła im nie otwierać, ale ci dobijali się coraz natarczywiej. Hałas postawił na nogi sąsiadów. Jeden z nich - mieszkający piętro wyżej 66-letni Jan Roś - miał zwrócić im uwagę, że zachowują się za głośno. Po krótkiej wymianie zdań Stanisław Z. gwałtownie zrzucił go ze schodów. Nieprzytomny Jan Roś ze złamaną podstawą czaszki i krwiakiem mózgu został przewieziony do szpitala w Szczecinie. Wysiłki lekarzy nie przyniosły jednak rezultatu. 1 stycznia zmarł, nie odzyskawszy przytomności.
Policja zatrzymała Stanisława Z. (48 lat) jeszcze 30 grudnia. W piątek Sąd Rejonowy w Świnoujściu postanowił o czasowym aresztowaniu go na trzy miesiące. Prokuratura postawiła mu zarzut spowodowania ciężkich obrażeń ciała, które doprowadziły do śmierci poszkodowanego. Grozi za to kara od dwóch do 12 lat więzienia.
Tymczasem manifestujący przed kamienicą mieszkańcy domagają się publicznego napiętnowania innych osób, które są ich zdaniem odpowiedzialne za tę tragedię. Szczególne pretensje mają do radnego i działacza związkowego Stanisława Huszczy. To jego właśnie nazywają "motorem tragedii". Huszcza, prowadząc działalność charytatywną, zbiórki darów dla ubogich, wspomagał rodzinę Małgorzaty K., a z niej samej uczynił swoją asystentkę.
Osobnego wyjaśnienia wymaga kwestia, czy tragicznego dnia Stanisław Huszcza był na miejscu zdarzenia. Mieszkańcy zgodnie zapewniają, że go widzieli. Jednak Huszcza zdecydowanie zaprzecza. Twierdzi, że 30 grudnia był tam jego brat.
- Władze od lat bagatelizują nasze prośby i pisma, które składaliśmy w Urzędzie Miasta w i prokuraturze - mówią mieszkańcy zebrani przed kamienicą. - Domagaliśmy się eksmisji całej rodziny K. Urzędnicy odpowiadali, że to "wewnętrzny problem wspólnoty".
Interwencje policji, które z powodu braci K. trwają nieprzerwanie od czterech lat, rozwiązują problem tylko doraźnie. Mieszkańcy prosili też o pomoc Zakład Gospodarki Komunalnej. Sprawa trafiła do sądu. Sędziowie zdecydowali o eksmisji dwójki braci K.
- Wyrok zbiegł się jednak z jesienno-zimowymi chłodami, a w tym czasie eksmisje na bruk nie mogą być przeprowadzane - prezydent Janusz Żmurkiewicz tak tłumaczy niezastosowanie się władz do prawomocnego wyroku. - Przeprowadzka do innego budynku komunalnego to byłoby podrzucenie kukułczego jajka innym mieszkańcom. Niezależnie od wszystkiego, gdy tylko ociepli się, eksmisję wykonamy - dodaje.
Do tego czasu jednak mieszkańcy nie mogą liczyć na spokój i bezpieczeństwo. Tuż po zdarzeniu kolejni usłyszeli groźby ze strony braci K.
Źródło: Gazeta Wyborcza Szczecin
|